Bajki pomagajki

BAJKI   POMAGAJKI
Bajki to utwory najbliższe dziecku, można powiedzieć, że towarzyszą mu niemalże od pierwszych chwil życia. Każda bajka wzbogaca doświadczenia i wyobraźnię dziecka, ukazuje inne wzorce myślenia. Można zatem powiedzieć, że każde bajkowe opowiadanie to pewnego rodzaju antidotum na trudną dla dziecka sytuację, czy jakiś problem. To właśnie literatura ma olbrzymi udział w rozwoju osobowości, tworzeniu zasobów osobistych, kompensuje wszelkie niedostatki w zaspokojeniu potrzeb, pomaga utrzymywać równowagę emocjonalną, a także chroni przed negatywnymi emocjami, smutkiem, żalem, lękiem, gniewem, uczy nowych zachowań i daje wzorce osobowe. Biblioterapia ma zatem za zadanie wzmocnienie i wzbogacenie zasobów dziecka, po to aby potrafiło ono radzić sobie z trudnościami.
Bajki-pomagajki to niezwykłe historie, które wspierają i dają poczucie bezpieczeństwa, zawierają wiele praktycznych wskazówek, opowiadają mądrze o świecie dziecięcych emocji i konkretnych problemach, z którymi dzieci się borykają. Najmłodsi czytelnicy mogą utożsamić się z bohaterem i przeżyć z nim daną historię, a także dowiedzieć, jak zachować się w wielu ważnych sytuacjach.
 
BAJKA O DWÓCH OŁÓWKACH
Uświadomienie potrzeby przyjaźni, bezinteresownej chęci pomagania, budowanie zaufania, lojalności, stymulacja empatii (współczucia). 
W pewnym piórniku leżały równo ułożone ołówki. Były kolorowe, tylko jeden był zwykły, szary. Tuż obok niego znajdował się wspaniały ołówek dwukolorowy: czerwono-niebieski. Ołówki zawsze przebywały razem, czy to leżąc obok siebie w piórniku, czy ścigając się i kreśląc wzory na papierze. Szary rysował kontury, a dwukolorowy wypełniał je barwami. Bardzo lubiły się tak razem bawić. Inne kolorowe chciały przyjaźnić się z dwukolorowym, ale on wolał szary i z nim spędzał czas. 
- Co to za zwyczaje - szeptały oburzone - że dwukolorowy przyjaźni się z takim zwyczajnym! To nie wypada, nie wypada - powtarzały. 
Ale dwukolorowy nie słuchał tego gadania, szarak zresztą też. Obydwa przecież bardzo się lubiły. 
Aż pewnego dnia wydarzyło się straszne nieszczęście; dwukolorowemu złamały się grafity. 
- Będzie do wyrzucenia, do wyrzucenia - szeptały ołówki, z satysfakcją przekazując sobie tę wieść. 
Dwukolorowy bardzo się zasmucił, szarak jeszcze bardziej. 
- Jak mu pomóc, co zrobić - pytał sam siebie. - Nie, nie pozwolę, by taki wspaniały ołówek, który jeszcze może tyle pięknych rzeczy narysować, został wyrzucony. 
Wziął przyjaciela na plecy i pomaszerował szukać lekarza ołówków. Przyjaciele długo szukali pomocy. Szary ołówek był już bardzo zmęczony, co chwilę odpoczywał, ale nie ustawał w poszukiwaniach. 
Nareszcie znalazły bardzo starą Temperówkę. 
- Spróbuję wam pomóc - rzekła i bardzo ostrożnie zabrała się do pracy. 
Delikatnie, by nie spowodować zniszczeń, skrobała, przycinała i w końcu zatemperowała. 
- Uf, już po zabiegu - powiedziała. - Udało się, jesteś wprawdzie krótszy, ale dalej pięknie możesz rysować, co tylko zechcesz. 
- Naprawdę ? - spytał z niedowierzaniem dwukolorowy. 
- Pomogłam tobie, ale największą przysługę oddał ci twój przyjaciel - Szary Ołówek. 
- E tam - powiedział Szarak zawstydzony tą pochwałą. - My jesteśmy prawdziwi przyjaciele, on nie zdradził naszej przyjaźni dla innych, kolorowych, więc ja... Tutaj zaczął się jąkać bardzo wzruszony. 
Dwukolorowy nic nie powiedział, tylko przytulił się do niego. Wróciły razem do piórnika, by odpocząć po przeżyciach, a nazajutrz znowu rysowały razem.
 
 
BAJKA O RUDEJ KITCE.
Uświadamianie poczucia własnej wartości
Na skraju lasu, w dziupli na wielkim, starym dębie mieszkała rodzina wiewiórek: mama, tata i siedmioro ślicznych, rudych dzieci.
Domek był przytulny, ale ciasny w związku z tym małym wiewióreczkom często brakowało miejsca do zabawy i nauki. Rodzice zajęci poszukiwaniem pożywienia dla gromadki swych dzieci nie mieli czasu na wspólną zabawę, spacery, beztroskie skakanie po drzewach i pomoc w rozwiązywaniu dziecięcych problemów. Wszystkie wiewiórki bardzo się kochały, choć dochodziło  między nimi do kłótni i szarpania  za rude kitki.
Liczni leśni sąsiedzi podziwiali wiewiórki za ich miłe pyszczki, lśniące futerka, zwinne ruchy. Ale one same nie wierzyły, że są ładne, mądre i sprytne.
Najmłodsza wiewióreczka  Ruda Kitka skończyła właśnie sześć lat i jak jej bracia i siostry została zapisana do leśnego przedszkola. Poznała w nim wiele koleżanek i kolegów, chętnie się z nimi bawiła i wszyscy ją lubili. Ona jednak czuła się nieszczęśliwa. Szlaczki i literki, które pani kazała pisać w zeszycie, nie były  kształtne i ładne jak u innych dzieci. Nie podobały się też Rudej Kitce, która przecież tak bardzo się starała. Wiewiórka myślała, że jest zła i niemądra, niczego nie umie zrobić i nikt jej już nie lubi. Postanowiła więc przestać pisać  literki,  nie słuchała też  pani. Stała się niegrzeczna, hałaśliwa.  Swym zachowaniem przeszkadzała innym dzieciom, chciała, aby ich literki też były brzydkie i koślawe. Dzieciom nie podobało się zachowanie Rudej Kitki i nie chciały się z nią bawić tak jak wcześniej. Ruda Kitka czuła się coraz bardziej nieszczęśliwa i myślała, że nikt jej  nie kocha i nie lubi. Nie wiedziała, że swym zachowaniem martwi nauczycielkę i rodziców.
Pani, którą zaniepokoiły problemy  wiewiórki sympatyczna, choć sama w to nie mogła uwierzyć. Mądra Sowa powiedziała o tym wiewiórce i powiedziała też, że kształt literek nie jest ważny. Pisania ładnych literek można się w końcu nauczyć, choć czasami nie jest to takie łatwe i kosztuje dużo pracy.
 
 
BAJKA O MAŁYM MISIU
Kształtowanie pozytywnych cech, takich jak życzliwość i koleżeństwo; uświadomienie wartości przyjaźni.
Był piękny słoneczny dzień. Mały Miś obudził się wcześnie rano i pobiegł nad rzekę umyć ząbki. Kiedy pochylił się nad błyszczącą w promieniach słońca taflą krystalicznej wody zauważył, że ktoś siedzi na jego uszku. – Kim jesteś? – zapytał Miś. – Jestem Złaczek, jeśli chcesz będę twoim przyjacielem i nigdy cię nie opuszczę. Miś ucieszył się i z nowym przyjacielem wyruszył do lasu na wycieczkę. Na pięknej polanie spotkali starego przyjaciela Misia – Jeża. Jak się masz Misiu? – zapytał wesoło Jeż.  Rzuć w niego szyszką – szepnął Misiowi do ucha Złaczek. Miś niewiele myśląc spełnił prośbę nowego kolegi. Jeżykowi zrobiło się przykro i szybko schronił się w swojej norce. Miś i Złaczek śmiejąc się głośno ruszyli dalej, łamiąc po drodze gałęzie drzew i krzaków. Pod wielką sosną spotkali przyjaciółkę Misia – Srokę. – Witaj Misiu! – krzyknęła wesoło. Złaczek namówił Misia, by wyrwał Sroce jedno czarne błyszczące piórko z ogona. I tym razem Miś spełnił prośbę Złaczka. Przerażona Sroka odleciała na sam czubek sosny. Czuła złość i była zdziwiona, nie poznawała zachowania Misia. A nowi przyjaciele szli dalej obrażając i krzywdząc kolejnych przyjaciół Misia i sprawiało im to wielką radość. Miś cieszył się, że ma takiego fajnego przyjaciela, z którym może przeżyć zabawne przygody. Nadszedł wieczór. Zmęczony Miś usiadł pod starym dębem i chrupał wielkie czerwone jabłko, które zabrał wiewiórce. Kiedy zrobiło się całkiem ciemno Złaczek powiedział, że już mu się znudziło i idzie dalej. Zostawił Misia samego. Dopiero teraz mały niedźwiadek uświadomił sobie, że obraził wszystkich swoich starych przyjaciół i został sam w ciemnym borze w środku nocy. Na dodatek harcując po lesie zgubił drogę do domu. Poczuł się oszukany i bardzo samotny. Siedział pod drzewem i cicho łkał. Usłyszała to Sowa Mądra Głowa, która właśnie wyruszyła na nocne łowy. Sowa wiedziała, że Miś nie jest z natury zły, ale przez swoją naiwność i łatwowierność dał się namówić do złych uczynków. Postanowiła mu pomóc. Bezszelestnie poszybowała przez leśną gęstwinę i sprowadziła przyjaciół Misia. – Nie płacz przyjacielu! – powiedziały chórem zwierzątka. Zdziwiony Miś spojrzał załzawionymi oczkami na przyjaciół, podbiegł i uściskał wszystkich po kolei. Przepraszał zwierzęta i prosił o wybaczenie. Było mu wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie. Cieszył się bardzo, że ma tak wspaniałych przyjaciół, którzy nie opuścili go w potrzebie. Złaczek nigdy więcej nie odwiedził Misia. A Ciebie?
 
SMOKI I MOTYLE
Bajka z zakresu akceptacji, tolerancji, poszanowania drugiego człowieka
Dawno, dawno temu, kiedy trawa była zielona, a kwiaty pachniały wiosną, w słonecznej krainie żył sobie Mały Smok. Smok ten bardzo lubił biegać po łąkach, pluskać się w czystym jeziorze i przyglądać się kwiatom. Ale najbardziej na świecie uwielbiał motyle. Inne smoki w tej krainie bardzo się temu dziwiły i mówiły mu:
– Co ty robisz? Nie możesz bawić się z małymi motylami! Smoki powinny być groźne, co z ciebie za smok, jeśli nie umiesz zionąć ogniem i nikt się ciebie nie boi!
Smutno zrobiło się Małemu Smokowi, który zupełnie nie rozumiał dlaczego miałby straszyć piękne, kolorowe motyle, zamiast biegać z nimi po trawie, śmiać się, patrzeć jak trzepoczą tęczowymi skrzydełkami. Inne smoki śmiały się z niego i zupełnie nie chciały się z nim bawić. Mały Smok poczuł się bardzo samotny. .Minęło wiele dni, a on ciągle był sam. ,, Nikt mnie nie rozumie – myślał – inne smoki mnie nie odwiedzają i nie chcą ze mną rozmawiać”. Aż pewnego ranka zobaczył na Wielkim Dębie (zwykle zbierają się tam smoki, gdy dzieje się coś ważnego) ogłoszenie, a na nim napis: Do wszystkich smoków: Uwaga, odbędzie się wielki konkurs na najładniejszy rysunek Smoczej Krainy. Mały Smok ucieszył się bardzo i ruszył w podskokach na swoją ulubioną polanę. Pędzel zrobił z zielonych traw, a motyle gdy tylko dowiedziały się co też zamierza zrobić, użyczyły mu trochę kolorowego pyłku ze swoich skrzydeł. Malował kwitnącą łąkę, czerwone, żółte i pomarańczowe kwiaty, zielone drzewa, a na nich soczyste liście, mieniące się w słońcu. Gdy nadszedł dzień konkursu, pod Wielkim Dębem zebrały się smoki z całej krainy. Każdy, który przyszedł, wieszał swój rysunek w ten sposób aby wszyscy mogli go zobaczyć i zadecydować, który z nich jest najpiękniejszy. Poruszenie było ogromne, wszyscy zastanawiali się czyj rysunek zdobędzie pierwsze miejsce i który smok wygra. Na wszystkich rysunkach widniały wielkie, czarne góry i szare drzewa pozbawione liści, ponieważ smoki, które wychodziły na spacery i zionęły ogniem – nie przyglądały się nigdy kwiatkom ani listkom na drzewach. Tylko jeden jedyny rysunek wyróżniał się wśród innych, widniał na nim wielki motyl, który mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Zapadła cisza. Wszystkie smoki tłoczyły się przed rysunkiem z rozdziawionymi ze zdumienia paszczami. I wtedy, w tej ciszy, rozległ się pełen zachwytu głos Najstarszego i Najmądrzejszego ze Smoków:
– Ach, jaki on śliczny!
Ze wszystkich stron dały się słyszeć pytania:
– Kto namalował takiego pięknego motyla, kolorową łąkę i zielone liście?
Wówczas Mały Smok wyszedł nieśmiało zza drzewa i odpowiedział:
– To ja namalowałem
Najstarszy i Najmądrzejszy Smok zamyślił się wtedy i rzekł:
– Dziękujemy Ci bardzo, nigdy nie widzieliśmy, że nasza Smocza Kraina jest taka piękna. Nie umieliśmy patrzeć na świat tak jak Ty. Przepraszamy, że byliśmy dla Ciebie tacy niedobrzy. Ogłaszam, że to Ty zdobyłeś pierwszą nagrodę
Wszyscy otoczyli Małego Smoka i zaczęli bić brawo, tańczyć i skakać. Bawili się tak do późnego wieczora. I zawsze byli już razem. Przyfrunęły wszystkie kolorowe motyle, gdyż teraz już nie musiały bać się wielkich smoków ziejących ogniem, które bardzo od tej pory uważały, aby nie zrobić krzywdy motylom.
 
BAJKA TERAPEUTYCZNA "TOLA"
Bajka pomagająca przezwyciężyć lęk przed brakiem akceptacji, innością.
W sklepie z zabawkami na półkach mieszkały różne zabawki: kolorowe lalki, pluszowe misie, samochody, klocki. Na najniższej półce
siedziała samotnie w kącie lalka inna niż wszystkie. Miała czarną
buzię, kruczoczarne kręcone włosy . Była bardzo samotna i smutna. Czuła się nielubiana, odrzucona, ponieważ nikt nie chciał się z nią bawić.
Co noc wszystkie zabawki schodziły z półek i bawiły się wesoło.
Tola, bo tak miała na imię czarna lalka, siedziała na swojej półeczce i zadawała sobie pytania: Dlaczego nikt nie chce się ze mną bawić? Czy ja jestem inna? Czy będę kiedyś mieć przyjaciół? Czy będę się bawić i śmiać jak inni?
Na najwyższej półce siedziały dwie piękne i dumne lalki Barbie, które były jej koleżankami. Co wieczór śmiały się z Toli, jej ubrania, włosów i ciemnego koloru skóry. Namawiały inne zabawki, aby nie bawiły się z Tolą, a co było najstraszniejsze, wyzywały dziewczynkę, wołając na nią: brzydula, brudas, odmieniec. Toli było bardzo przykro i smutno. Łzy same cisnęły jej się do oczu, ściskała piąstki aż do bólu, jednak na twarzy nie pojawiła się żadna oznaka
potwornego bólu.
Pewnego dnia do sklepu przywieziono nowe zabawki, wśród nich
był piękny kolorowy pajacyk. Wszystkie lalki były nim zachwycone i chciały się z pajacykiem zaprzyjaźnić. Postanowiły w nocy zorganizować bal, na którym odbędzie się konkurs na najciekawszy i najładniejszy taniec. Wszystkie zabawki ochoczo zabrały się do roboty - do przymierzania pięknych strojów.
Każda z nich chciała zatańczyć z pajacykiem i wygrać konkurs.  A Tola smutno patrzyła na krzątaninę i coraz bardziej robiło się jej smutno i przykro, gdyż nie miała pięknego stroju na bal. A kiedy bal się zaczął, wszystkie czekały, kogo wybierze pajacyk. Pajacyk jednak nie wybrał żadnej z pięknie ubranych lal, bo zauważył siedzącą samotnie w kącie smutną lalkę Tolę, z którą nikt nie chciał się bawić. Przypomniała mu się sytuacja, kiedy on też tak siedział samotny i opuszczony na półce. Postanowił podejść do lalki. Tola z przerażeniem i strachem patrzyła na zbliżającego się pięknego pajacyka. Serduszko biło jej coraz mocniej, czuła, że zaraz jej wyskoczy. Nerwowo skubała swoją sukienkę i myślała: Co on ode mnie chce? Czy będzie się ze mnie śmiał tak jak inni?
Pajacyk zapytał:
- Dlaczego jesteś smutna i nie bawisz się z innymi?
- Nie mam ładnej sukienki i wyglądam inaczej niż wszystkie zabawki w tym sklepie – odpowiedziała Tola.
- Oj, nie przejmuj się, spójrz na mnie, ja też jestem inny: cały jestem drewniany, mam spiczasty, długi nos, chude ręce i nogi. Nie martw się tym. Bardzo lubię się bawić, więc zapraszam cię do tańca. Dziewczynka odczuwała wielki strach i niepokój. Nie poszłaby, gdyby pajacyk nie trzymał jej bardzo mocno za rękę i uśmiechał się do niej zachęcająco. Mówił: nie bój się, jestem obok ciebie, nic złego się nie stanie. Tola najpierw nieśmiało i z opuszczoną głową rytmicznie poruszała się w rytm muzyki, ale ponieważ nikt nie śmiał się z niej, coraz odważniej i coraz piękniej tańczyła, wirując lekko jak motylek fruwający z kwiatka na kwiatek. Pojawił się na jej buzi najpierw lekki uśmiech, w miarę jak widziała zachwycone oczy zabawek uśmiech robił się jej coraz piękniejszy.
- Czy to możliwe, żeby ta brzydula tak ładnie tańczyła? – pytały zabawki.
- Jak cudownie wygląda - mówiły zabawki.
- Zobacz, jak ślicznie faluje jej spódniczka - szeptały misie.
Nagle muzyka ucichła. Tola z niepokojem czekała na to, co się stanie. Znów posmutniała. Hura! Hura! Brawo! – rozległy się nagle oklaski. Jesteś wspaniała.
 
O LISKU URWISKU
Dawno, dawno, temu, a może całkiem niedawno, daleko, daleko stąd, a może całkiem blisko. W wielkim, ciemnym lesie, a może w całkiem małym lasku, mieszkał sobie mały lisek z rodzicami. Mały lisek miał na imię Urwisek. Lisek Urwisek - wołały na niego wszystkie małe zwierzątka. Lisek Urwisek- wołały dorosłe zwierzęta. Lisek Urwisek - wołali do niego rodzice.
Urwisek chodził do przedszkola. Bardzo je lubił, gdyż w przedszkolu, można było się fajnie bawić z innymi zwierzątkami, a zabawę Urwisek lubił najbardziej. W przedszkolu miał wielu przyjaciół, z którymi chętnie spędzał czas. Byli to Myszka, Króliczek, Wilczek i Niedźwiadek. Czasem ich zabawy przestawały jednak być zabawne, a robiły się niebezpieczne.
W takich sytuacjach do akcji wkraczała Pani  Wiewióreczka. Z reguły wszystkie zwierzątka szybko się uspokajały i przerywały niebezpieczną zabawę. Jedynie Lisek Urwisek miał z tym problem. Czasem zdarzało mu się, że w takich sytuacjach, gdy Pani przerywała mu najlepszą zabawę, wpadał w złość, nad którą nie potrafił zapanować. W złości robił bardzo nieprzyjemne rzeczy. Mówił Pani Wiewióreczce brzydkie wyrazy, bił i nawet rzucał różnymi przedmiotami.
W końcu Pani Wiewióreczka nie wytrzymała i wezwała rodziców Urwiska. Powiedziała im o wszystkim i poprosiła, żeby pomogli jej w tej sytuacji.
Rodzice Liska bardzo się zmartwili tą sytuacją. Tego wieczoru porozmawiali z Urwiskiem bardzo poważnie. Wytłumaczyli mu jak należy się zachowywać, a jak nie, dali mu do zrozumienia, jak jest im przykro, z powodu jego nieodpowiedniego zachowania w przedszkolu. W końcu powiedzieli, że pomimo tych wybryków, kochają go bardzo i martwią się o niego.
Tej nocy Lisek Urwisek nie mógł zasnąć. Wciąż rozmyślał o tym, jak bardzo smutni byli jego rodzice. Nie chciał aby się smucili, ale nie potrafił znaleźć rozwiązania z tej trudnej dla niego sytuacji.
W końcu zasnął, jednak przyśnił mu się dziwny sen. Śniło mu się dziwne zwierzę, które skakało po polanie. Nigdy w życiu nie widział takiego zwierzęcia i nie miał pojęcia skąd takie zwierzę wkradło się do jego snu. Tak naprawdę zwierzęciem tym był kangur, o którym kiedyś babcia czytała Liskowi książeczkę.
Kangur skakał sobie, aż dotarł do sporego drzewa. W jego cieniu spotkał swojego młodszego kolegę, któremu często dokuczał. Zatrzymał się na jego widok. Na jego lewym ramieniu pojawił się mały kangurek z rogami i szpiczastym ogonem i zaczął mu szeptać do ucha: „zrób mu jakiegoś psikusa”. Jednak na prawym ramieniu kangura pojawił się drugi ubrany na biało i z białymi skrzydełkami. Ten również zaczął mu szeptać do ucha: „wiesz, że to nie ładnie robić psikusy innym, zwłaszcza młodszym i słabszym od ciebie.” Przez chwilę obydwie zjawy szeptały kangurowi do uszu, a potem zniknęły. Wtedy kangur podszedł do swojego młodszego kolegi i bez najmniejszego uprzedzenia wepchnął go w pokrzywy.
Biedny mały kangurek, poparzył się cały pokrzywami. Wszędzie miał piekące bąble i wszystko go swędziało.
Tym czasem starszy kangurek poskikał przed siebie. W pewnym momencie zrobił duży skok i wylądował w błotnistej kałuży. Jak się jednak okazało, nie była to zwykła błotnista kałuża. To raczej było grzęzawisko. Jego nogi ugrzęzły w błocie i nie mógł ich oswobodzić. Im bardziej się szamotał, aby się uwolnić, tym głębiej się zanurzał. W końcu błoto sięgało mu już do piersi. Zaczął więc krzyczeć o pomoc.
Chwilę później pojawił się jego młodszy kolega, z piekącymi krostami. Gdy zobaczył co się dzieje, bez najmniejszego zawahania chwycił wielką gałąź i podał ją swemu koledze. Tamten złapał się jej mocno i krok za krokiem, bardzo powoli wyszedł z grzęzawiska.
Dopiero teraz zobaczył, kto mu pomógł. Zrobiło mu się bardzo głupio. Zawstydził się, a następnie gorąco podziękował młodszemu kangurkowi za uratowanie życia. Przeprosił także, za to, że był dla niego niemiły. I od tej pory postanowił zawsze być koleżeńskim w stosunku do innych, a zwłaszcza tych, którzy są od niego młodsi i słabsi.
Wtedy sen się skończył, a Lisek Urwisek obudził się. Dotychczas nigdy nie zdarzyło się, aby pamiętał jakikolwiek sen, a ten zapamiętał i to z najdrobniejszymi szczegółami. Zastanawiał się, co ten sen mógł dla niego znaczyć. Czy był on taki ważny, że go zapamiętał?
I wtedy Lisek postanowił, że on także zrobi dzisiaj w przedszkolu psikusa. Ale nie takiego jak zwykle, że zabrał koledze krzesełko, gdy ten próbował usiąść i kolega się wywrócił, czy też ten gdy wypił kompot koleżance. Nie tym razem miał to być psikus nad psikusy.
Kiedy rodzice odprowadzali Urwiska do przedszkola, zauważyli, ze ma on jakąś dziwną minę, jakby planował coś dziwnego, jednak nie wnikali o co chodzi.
W końcu Urwisek dotarł do przedszkola i zaczął realizować swój plan. Kiedy Pani Wiewióreczka powiedziała: „Odkładamy zabawki i idziemy myć rączki”. Lisek Urwisek jako pierwszy odłożył wszystko na miejsce i pobiegł do łazienki. Kiedy Pani powiedziała: „Pora na obiad”. Urwisek jako pierwszy czekał w kolejce, aby stanąć w parach w drodze na stołówkę. Kiedy Pani Wiewióreczka powiedziała: „Odkładamy zabawki na miejsce i siadamy do stoliczków. Teraz jest pora na rysowanie”. Kto jako pierwszy zrobił to o co poprosiła? Oczywiście – Lisek Urwisek.
Pani wiewióreczka nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przecierała je i przecierała, aż w końcu zawołała Panią Sprzątaczkę i zapytała: „Czy Pani widzi to samo co ja?” „Tak. Chociaż, ciężko w to uwierzyć” – powiedziała Pani Sprzątaczka.
Pani wiewióreczka przekręcała głowę to w prawo, to w lewo i bez ustanku przyglądała się Liskowi. W końcu w myślach stwierdziła: „Uszy szpiczaste i zakończone białymi sterczącymi włoskami, zupełnie jak u Urwiska. Ogon też jakby ten sam. Nosek bardzo podobny. Chyba jednak nikt nam go nie podmienił. Jednak dlaczego zamiast jak Lisek Urwisek, zachowuje się jak Lisek Grzeczniuszek?”
Od tej pory zachowanie Liska zmieniło się, a w całym lesie znany jest jako Lisek Grzeczniuszek i jest z tego powodu bardzo zadowolony.
 
SZCZENIACZEK DINO
Delikatne promienie słońca ogrzewały ziemię. Na trawie iskrzyły się kropelki rosy, które pod wpływem słonecznego ciepła unosiły się w górę tworząc na niebie błękitno- różowe obłoki. Ziemia pachniała świeżością taką, jakiej o innej porze roku, oprócz wiosny nigdy nie było. Z oddali dochodziły dźwięki bzyczących pszczółek, które nie zważając na nic, zajęte były zbieraniem nektaru z fioletowych, słodko pachnących fiołków.
Dzień wprost wymarzony na zawody.
Na polanie robiło się coraz gwarniej, wszyscy rozmawiali tylko o zbliżającym się wyścigu. Kto w tym roku zwycięży, kto będzie pierwszy?
Szczeniaczek Dino też brał udział w zawodach. Bardzo lubił się ścigać. Był przekonany, że to on będzie najlepszy, przecież w biegach, urządzanych z rodzeństwem, zawsze wygrywał.
Biegacze ustawili się na linii startu, kogutek Kurek dał sygnał do rozpoczęcia wyścigu.- Paf! No i zawodnicy ruszyli. Na początku wszyscy biegli razem, nikt nikogo nie wyprzedzał. Przecież do pokonania, był taki długi odcinek trasy, aż do wysokich dębów. Tylko Szczeniaczek Dino, nie myśląc o długości, wystartował z całych sił. W głowie miał tylko jedną myśl – chcę być pierwszy.
Biegł i biegł, aż zaczęły go boleć łapki. Ostre kamyki wbijały mu się boleśnie
w poduszeczki. Nie zważał jednak na to, nic nie jest w stanie mu przeszkodzić, liczy się tylko zwycięstwo. Gdy tak biegł nie patrzył na nikogo, rozpychał się łokciami, popychał kolegów - to przecież rywale, zagrażają mi- myślał szczeniaczek.
W końcu wszyscy pozostali w tyle. Nie, nie wszyscy. Przed Dino była jeszcze kotka Kiki – ona może mi przeszkodzić w zwycięstwie- pomyślał mały piesek. Podbiegł do kotki
i popchnął ją z całej siły. Kiki upadła. - A niech sobie leży, ja muszę być pierwszy. Nie dostrzegł, że Kiki płacze, a z jej kolana sączy się czerwona strużka krwi.
Wreszcie meta. Zwycięstwo, Dino najlepszy! Cieszył się, skakał.
Zobaczył wprawdzie, że inni wcale nie mają radosnych min - No i dobrze, pewnie mi zazdroszczą- pomyślał szczeniaczek. Gdy tak sam radował się wygraną nie zauważył, że nikogo już nie ma, że wszyscy już dawno poszli do swoich domów.
Został sam na polanie. Nagle spojrzał w niebo. – Ojej, jakie ciemne i ciężkie te chmury, pewnie zaraz będzie padać. Dobrze, że w czasie biegu była ładna pogoda- rzekł szczeniaczek.
Ledwie to powiedział, gdy z nieba spadł rzęsisty deszcz - aj i grzmi, boję się burzy,
a mama tak daleko. Co ja teraz zrobię? Trudno, przecież potrafię szybko biegać, trzeba uciekać do domu.
Deszcz padał coraz mocniej, nagle niebo przecięła ostra błyskawica, rozległ się huk To nadchodziła potężna burza.
- Do domu jeszcze daleko, co ja zrobię? Martwił się coraz bardziej szczeniaczek. Nawet łzy pojawiły się w jego, czarnych jak węgielki, oczach.
- O to przecież domek Kiki, może u niej znajdę schronienie? Nie, na pewno mnie nie wpuści. Byłem dla niej taki niedobry.
Akurat Kiki w tym momencie zerknęła przez okno i zobaczyła, zmokniętego Dino. Nie zastanawiając się wcale, szybko otworzyła drzwi i wpuściła wystraszonego szczeniaczka do środka.
– Chodź do mnie, przeczekasz burzę, a jak się rozpogodzi wrócisz do swojego domu - powiedziała kotka.
- Naprawdę mogę? - spytał niepewnie Dino.
- Pewnie - odpowiedziała kotka.
- Ale ja zrobiłem ci krzywdę - powiedział szczeniaczek i spuścił głowę.
- To prawda, było mi przykro, ale wybaczam Ci - odparła na to kotka.
- Dziękuję – odrzekł zawstydzony piesek.
Gdy tylko burza ucichła, Dino wrócił do swojego domu. Nazajutrz przyjechał do Kiki na rowerze.
– Pościgamy się?
- Pewnie! – krzyknęła radośnie kotka.
I razem pojechali do bukowego lasu na swoich lśniących, wspaniałych rowerkach.
 
BAJKA O DOKUCZNIAKU
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w małym miasteczku mieszkał sobie mały chłopiec. Nazywał się Dokuczniak. Mieszkał on razem ze swoimi rodzicami, bratem i siostrą w małym domku na skraju miasta. Ale ponieważ miasteczko było małe, wszędzie miał blisko. A najbliżej miał do przedszkola, gdzie z przyjemnością codziennie chodził. Należał już do grupy starszaków, z czego był bardzo dumny.
Niestety jego koledzy nie byli z niego dumni, bowiem Dokuczniak nie nazywał się tak bez powodu. Po całych dniach rozrabiał i dokuczał innym. Już od rana kaprysił przy śniadaniu, nie chciał założyć przygotowanych przez mamę ubrań, przezywał siostrę i popychał młodszego brata tak, że ten rozlał kilka razy swoją zupę mleczną. Po śniadaniu ociągał się i guzdrał tak, że przez niego wszyscy prawie zawsze się spóźniali: mama z tatą do pracy, siostra do szkoły, a on z bratem do przedszkola.
W przedszkolu też nie było lepiej. Dokuczniak nie usiedział chwili w spokoju. Ciągle psocił i robił krzywdę kolegom. Zabierał i chował im zabawki, bił ich klockami, popychał i przeszkadzał w zabawach. Chętnie też skarżył na wszystkich i cieszył się, gdy innym było przykro. Gdy Dokuczniak rozpoczynał jakąś zabawę, z góry wiadomo było jak ona się skończy. Wszyscy musieli robić dokładnie to, co on chciał, a zabawa miała się toczyć według jego pomysłu – inaczej denerwował się, poszturchiwał dzieci i krzyczał. Nic dziwnego, że dzieci nie cieszyły się z towarzystwa Dokuczniaka
i wolały go unikać.
Popołudnia w domu i na podwórku wyglądały podobnie. Samolubny i nieposłuszny Dokuczniak wszystkim dyktował co mają robić, nie słuchał innych ludzi, ani rodziców, ani kolegów. Każdemu dokuczał i sprawiał, że ludzie wokół niego tracili dobry humor i chęć do zabawy. Aż tu któregoś dnia , gdy nasz Dokuczniak się obudził, zobaczył że nikogo nie ma w domu. Był tym bardzo zaskoczony i zastanawiał się gdzie poszli rodzice i dlaczego nie ma śniadania. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy pobiegł do przedszkola , ale i tam nikogo nie było. Gdy się dokładnie rozejrzał, okazało się, że miasteczko było puste. Wszyscy się gdzieś wyprowadzili a on został sam.
Najpierw pomyślał sobie, że będzie fajnie: może robić co chce, może wszystko niszczyć, bawić się wszystkimi zabawkami, ale po godzinie takiej zabawy poczuł się bardzo samotny. Nikt na niego nie krzyczał, nikt go nie upominał, nikt nawet na niego nie patrzył. Był sam. Po długim namyśle postanowił zrobić dla każdego jakiś dobry uczynek – Może wtedy wszyscy do mnie wrócą – pomyślał.
Rozpoczął akcję dobrych niespodzianek: poukładał wszystkie zabawki w przedszkolu, popodlewał kwiatki sąsiadom, w domu wyrzucił śmiecie i posprzątał pokoje swojego rodzeństwa. Wyprowadził też na spacer psa swojego kolegi, który został sam w domu i wył z tęsknoty za swoim panem. Dokuczniak też czuł się samotny i bardzo chciał aby już wszyscy wrócili i żeby było tak jak dawniej. Ale nie do końca. Postanowił się zmienić.
Gdy tylko tak pomyślał, zobaczył, że mieszkańcy wracają do swojego miasteczka. Po chwili było już wokół niego pełno ludzi, którzy chodzili zadowoleni i cieszyli się z jego dobrych uczynków. Każdy podchodził i dziękował Dokuczniakowi za pomoc lub miły gest. Chłopiec czuł się bardzo szczęśliwy. Pobiegł też do przedszkola, a gdy zobaczył rozbawione dzieci, zapytał się w co się bawią i czy może się przyłączyć. Wszyscy zaprosili go do wspólnej zabawy, a Dokuczniak postanowił, że nigdy już nie zostanie sam.
Porozmawiaj ze swoim dzieckiem: – Co takiego robił Dokuczniak, że innym było przykro? – Jak się poczuł, kiedy wokół niego zabrakło innych ludzi? – Co postanowił zrobić chłopiec, aby już nigdy nie być samotny?